Top
żałuję, że nie studiuję w Polsce

Żałuję, że nie studiuję w Polsce

Przez większość czasu, uważam, że studia w Anglii to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Nie tylko, dlatego że moim zdaniem, warto studiować w Anglii, ale także już teraz lubię mieszkać w Londynie. Przychodzą jednak takie momenty, kiedy żałuję, że nie studiuję w Polsce. Nie są one częste, ale jednak są.

Powodów co do tego jest kilka. Dla niektórych mogą okazać się błahe, dla niektórych nie. Dla mnie na tyle „małe”, że zdecydowałam się jednak skończyć studia w UK, ale na tyle „duże”, że nie planuję zostać w tym kraju do końca życia. Chyba.

 

Zostałabym w swojej strefie komfortu

Kiedy mieszkasz w obcym kraju, wychodzenie ze swojej, tak zwanej, strefy komfortu jest normą. Codziennie musisz mówić w innym języku niż ten, w którym stale myślisz i w którym mówiłeś przez ostatnie kilkanaście lat. Ponadto, musisz być w stanie zrozumieć innych ludzi, mimo ich różnych akcentów i typowo brytyjskich zwrotów. Twój umysł już od momentu zatrzaśnięcia za sobą drzwi od mieszkania, zaczyna pracować na pełnych obrotach.

Oprócz tego, musisz przestać wstydzić się prosić o to, żeby powtórzyli jeżeli czegoś nie zrozumiesz, albo nie usłyszysz. A to nie jest wygodna opcja, dla osób, które nie mają ochoty na długie pogawędki. Tym bardziej, że, jeżeli raz czy dwa poprosisz Anglika, żeby powiedział jeszcze raz to samo, to rozmowa zakończy się uprzejmym wypytywaniem się Ciebie: a skąd jesteś? a jak długo tu mieszkasz? a po co przyjechałeś? a czemu? a z kim? I milion podobnych pytań, na które niekoniecznie masz ochotę odpowiadać. W szczególności, że musisz mówić w kółko to samo.

To nie jest najprzyjemniejsza z opcji, dla osób, które nie lubią rozmawiać z obcymi (ja). A nawet jeśli ktoś lubi (Łukasz) to i tak po czasie zaczyna kombinować jakby się z tej przyjacielskiej gadki wywinąć.

Co do samych studiów, to pierwszy rok był najgorszy. Być może trochę przesadzam, ale naprawdę nie wspominam go dobrze. Były momenty, kiedy wolałam zostać w domu niż iść na zajęcia. Nie z lenistwa, ze strachu. Wyobraź sobie, Twojego najgorszego wykładowcę. Już? Okej, a teraz wyobraź sobie, prowadzone przez niego zajęcia w języku, który nie jest dla Ciebie całkiem obcy, ale który „na żywo” słyszysz dopiero od 2-3 miesięcy. Jeżeli ktoś kto mówi biegle w języku angielskim stresuje się przed jego zajęciami, to co dopiero ma powiedzieć ktoś kto dopiero co przyjechał do tego kraju.

 

Miałabym więcej przyjaciół

Jeżeli jesteś emigrantem to prawdopodobnie wiesz, że ciężko znaleźć sobie bratnią duszę. Nie mówiąc już o grupce przyjaciół. Nie znajomych, z którymi pracujesz, albo z którymi studiujesz. Ale osób, z którymi możesz wyjść do pubu na weekend, przyjaciółek, z którymi możesz poplotkować przy butelce wina, czy kogoś kto będzie się śmiał z Twoich żartów aż do łez.

Ludzie, którzy się tu urodzili, przeważnie mają już swoich znajomych, z którymi spędzają wolny czas. A Ci, którzy są na emigracji tak jak ja, wolą skupić się na swoim życiu. Jedni już mają tu rodzinę, z którą wolą spędzać czas, dzieci, którymi muszą się zająć, a inni przyjechali tu zrobić karierę, zarobić pieniądze i nie w smak im spotykanie się na weekend, kiedy to trzeba będzie te zarobione pieniądze wydać. No i wiadomo, że wolą też odpocząć, niż imprezować do rana.

Poza tym, różnice kulturowe są czasem nie do przeskoczenia. Nie do końca wiesz kiedy ktoś żartuje, a kiedy mówi poważnie. Nie wiesz jakie tematy możesz z tą drugą osobą poruszyć, a jakich lepiej unikać. Nie da się też znaleźć przyjaciół na całe życie, bo nie wiesz, czy za rok dalej będziecie mieszkać w tym samym mieście.

Tak samo było u nas. Poznaliśmy raz dwójkę Węgrów, z którymi dogadywaliśmy się tak dobrze jak z nikim innym w Londynie. To samo poczucie humoru, te same problemy w kraju, te same tematy do rozmów, tylko język inny. Dopóki mieszaliśmy razem w tym samym domu, było naprawdę miło. Ale w końcu każdy się przeprowadził w inną część Londynu i kontakt przepadł.

 

Miałabym więcej możliwości

A raczej byłabym bardziej odważna, żeby po te możliwości sięgać. Nie bałabym się uczestniczyć we wszystkich możliwych kółkach zainteresowań, brać udziału w milionie różnych konkursów, czy zostać starostą. W Polsce byłabym naturalnie pewna siebie, tutaj muszę nad tym ciągle pracować. Nie pcham się rękami i nogami gdzie popadnie i nie wyrywam się pierwsza do odpowiedzi tak jak to miałam swego czasu w zwyczaju.

Studiując w Polsce, prawdopodobnie, zajęłabym się też rozwojem nowych zainteresowań. Być może psychologią, może innym językiem, a może jeszcze czymś innym. Cokolwiek by to nie było, wiedziałabym gdzie szukać ludzi z podobnymi zainteresowaniami do moich. I jak mogłabym uzyskać dostęp, na przykład do książek lub stowarzyszeń o tej tematyce.

W pewnych kwestiach, podczas studiów w Anglii, musiałam też sobie radzić zupełnie sama. Domyślać się i zgadywać jak odnosić się do profesorów, jaki styl pisania angielskich esejów im odpowiada, jak rozwiązywać angielskie kazusy*, i tak dalej. Nie było nikogo kto mógłby mi podpowiedzieć co nieco, żadnych starszych kolegów, którzy mogli przetrzeć szlaki.

*Zagadnienie, problem prawny do rozwiązania.

 

Przez pierwszy semestr moich studiów, średnio codziennie myślałam o tym, żeby to rzucić i wrócić do Polski. Przez drugi, już rzadziej, bo raz w tygodniu. Teraz po skończonym drugim roku cieszę się, że tego nie zrobiłam. Ale te momenty nadal od czasu do czasu się pojawiają.

 

A czy wy jesteście zadowoleni ze swoich studiów? Kierunku i uczelni jaką sobie wybraliście?